Wczoraj skonczylam czytac ksiazke. Wpadlam na ten jeden z moich genialnych pomyslow, kupilam biala czekolade i poszlam do Italian Coffe na najlepsza cafe latte na swiecie. Przeczytalam te cholerne siedem ostatnich rozdzialow i epilog, po czym... Ekhm. Wlasnie. To byl naprawde ladny, regularny luk. Najlepszy upadek, jaki ludzie w kawiarni kiedykolwiek widzieli. Bardzo... dramatyczny. Bez tchorzliwego ugiecia kolan, podpierania sie reka, czy czegos w tym rodzaju. Monika plynnie przeszla z pozycji wertykalnej do horyzontalnej, zakreslajac przy tym pelny kat.
Blysnal flesz.
Leglam w mentalnym blocie. Bloto bylo dobre. Wygodne. Miekkie. Nieco zimne, ale ponoc cudownie dziala na cere. Zajelo to dluzsza chwile, zanim doprowadzilam sie do stanu wzglednej uzywalnosci.
Niech ja Cruciatus trafi. Ksiazke. Za to, ze sie skonczyla.
Niech Cruciatus trafi ja i jej kartki.
Niech Cruciatus trafi ja, jej kartki i jej drobne litery Verdana 8.
Przeklinam fakt, ze to byla calkiem nowa ksiazka. I ja. I to, ze nie stac mnie na nowa.
Niech ja Cruciatus!
Crucio, crucio, crucio!
Acta est fabula i niechaj ziemia przyjmie prochy moje.
Za to na pocieszenie polecialam sobie kupic bilet na koncert Juana Gabriela. Tak, polecialam, ale biletow jeszcze nie bylo. No tak, mozna bylo sie tego spodziewac. Przeciez to Meksyk. To naturalne, ze na niecale dwa tygodnie przed koncertem nie ma biletow, no jakze by inaczej, niby po co?
'Ja sie kiedys zdenerwuje, wyjde z siebie i stane obok!'
Otium sine litteris mors est et hominis vivi sepultura.
Ekhm. To bylo jeden. Dwa bedzie jutro, bo juz musze isc. Tak tylko chcialam powiedziec, ze zyje.
Ps: W Meksyku bilety na koncerty kupuje sie w Aptece... to jako ciekawosta taka.
wtorek, 20 listopada 2007
Subskrybuj:
Posty (Atom)