Witam serdecznie po przerwie;) Jak sie maja moi kochani czytelnicy? Otoz ja przybywam z dalekiej podrozy po jakze odleglym, niebezpiecznym i nieziemsko pieknym meksykanskim stanie Oaxaca i wlasnie dobilam na internet, zeby zdac relacje, gdzie zem byla, co zem widziala i co zem rozwalila po drodze. Takze zapraszam drogich Polakow w ten majowy dzien do lektury.
Do miasta Oaxaca wyjachalam autobusem z Tuxtli o godzinie 23:55 w srode poprzedniego tygodnia. Oczywiscie zabralam sobie zapasy zywnosci na cala noc, mp3 i ksiazke. Po okolo 3 godzinach jazdy dotarlismy na granice Chiapas i Oaxaki, zastrzymalismy sie, weszlo dwoch panow policjantow ze strazy granicznej i pierwszy zaczal sprawdzac dokumenty, a drugi przeszukiwac bagaze. Tak. W Meksyku na granicach stanow takie kontrole jak u nas dwadziescia lat temu, no chyba na tym przejsciu z godzine stracilismy. Straz graniczna szuka nielegalnych imigrantow z Gwatemali, Hondurasu, Belize, ktorzy przez Meksyk wybieraja sie do gringolandii. Kiedy juz w koncu ruszylismy, po pieciu minutach drogi kierowcy rozganizowali polgodzinny postoj “bo oni musza cos zjesc”. Takze “wysiedli nas” gdzies na jakims zadupiu, przy restauracji “La Familia”, coz mialam robic, poszlam pozwiedzac. Normalnie knajpka jak z minionej epoki, na scianie wisi Zapata, na drugiej Pancho Villa, a z glosnika dobiega glos Luisa Miguela, Slonca Meksyku. Siadlam i tak przez polgodziny wsluchiwalam sie w to, co Meksykanie lubia najbardziej, czyli niebianski glos Luisa Miguela.
Do Oaxaki dojechalismy okolo godziny 10 rano, na stacji odebrala mnie rodzina Kris i poszlismy na poszlismy na sniadanie na El Mercado de la Democracia (hahaha, meksykan poczucie humoru nie opuszcza). Wcielam gigantycznych rozmiarow quesadillie Al Pastor i wypilam horchate. Nastepnie udalismy sie do Monte Alban (piramidy). Musielismy przejechac przez centrum miasta, a ze byl to dzien nauczyciela, w miescie Oaxaca odbywaly sie protesty, takze skoro ojciec i tak musial przejechac przez caly ten pochod, to my z ciocia wysiadlysmy i poszlysmy sobie troche poparadowac, Que viva appo! Ulises Ruiz asesino! Fuera Ulises Ruiz de Oaxaca!! I ogolnie takie nastroje. Strasznie fajnie. Jak bede duza to zostane nowym przewodniczacym appo. Hihi. Jakos w koncu dotarlismy do Monte Alban, gdzie Monika, bardzo zadowolona, wyciagnela legitymacje szkolna i weszla za darmo, oszczedzajac w ten sposob jakies 50 peso :D Hihi. Monte Alban ogromne. I w ogole och i ach, piekne i wspaniale. Oczywiscie musialam dotknac kazdego kamienia, wejsc na kazda piramide, a przy tym strasznie sie spalilam na sloncu, ale co tam. Serio, Monte Alban robi ogromne wrazenie, nie wiem czy nie wieksze niz Chichen Itza. Poza tym jest niezla sesja zdjeciowa z Monte Alban na stronie. Tak czy inaczej wymeczeni wrocilismy do miasta Oaxaca i pojechalismy zobaczyc El Tule, czyli najstarsze drzewo na swiecie. Ma ponad 2 tysiace lat. Jest wielkie i grube. Stamtad pojechalismy na obiad, znow sie napchalam jak szalona, ale co? To moja wina, ze tu jedzenie jest takie dobre?
Na zdjeciach w Monte Alban ten pan to ojciec Kris, a ta pani to ciocia. Mama pojawia sie dopiero przy El Tule, czyli tym wielkim drzewie. To taka informacja dla mojej mamy, zeby sie polapala.
Okolo godziny 22:00 dojechalismy do Huajuapan, miasteczko na polnoc od Oaxaki, droga pelna zakretow i wszedzie gory. Prawie jak Moja Macedonia. Prawie, oczywiscie, robi ogromna roznice. Wiec dojechalismy do Huajuapan, wiec w nocy nic nie widzialam, poszlismy spac. Nastepnego dnia wstalam okolo 10 rano, bo i tak wszyscy byli w szkole/pracy, wiec co ja sie bede i tylko o 10 rano przenioslam sie z lozka na hamak na podworku. Przed obiadem poszlysmy z siostra Kris zwiedzac miasto, czyli: Paque Central gdzie to ktos przez caly czas puszczal Juana Gabriela, drugie Slonce Meksyku, La Catedral i Italian Coffee. Nic wiecej nie ma. Hihi. No jeszcze sie wbilysmy do jakichs tam sklepow z artesanías, ale nic nie kupilam, bo drogo sprzedawali. Po obiedzie juz z cala rodzina poszlismy odwiedzic babcie, dziadka, ciotki, wujkow i wszystko inne. Ogolnie rzecz biorac Meksykanie rozmnazaja sie jak kroliki i ze wzgledu n ato w 2010 roku jezyk hiszpanski bedzie drugim jezykiem swiata. To tak jakby ktos nie wiedzial. Chociaz wlasciwie nie posadzam nikogo, zeby wiedzial. Tak czy inaczej zostalam wysciskana przez jakas dwudziestke ludzi, a wieczorem juz tylko ja, siostra, ojciec i mama poszlismy “cenar taquitos” czyli zjesc tacos na kolacje. Spoko maroko, zjadlam tylko 4. Spoko, sa malutkie i wcale nie maja duzo kalorii. Tylko troszke. Pozniej, okolo 22:00 siostra zwolala znajomych i poszlismy na dyskoteke. Dyskoteka taka sobie. Nadrabiala nieco mezcalem.
Nastepnego dnia poszlam zwiedzic Uniwersytet. Nie wiem dlaczego, ale w Polsce chyba tak nie jest. Meksykanie nadaja nazwe Uniwersytetu kazdej szkole wyzszej, jaka sie tylko i muda zbudowac. Oczywiscie poziomem to te cale uniwersytety sie do AS nie umywaja, ba, pewnie nawet i do Zeroma im brakuje. Ale co tam. W samej Tuxtli jest z 10 Uniwersytetow, jak nie 15. Pozniej byl obiad w klubie Rotary, Rotarianie tym razem puszcili trzecie Slonce Meksyku, czyli Alejandro Fernandeza.
O 22 znow poszlysmy znowu na dyskoteke, tym razem inna i tak byla fajniejsza. Hihi. Chyba ze wzgledu na 17 maja puscili ymca. Hihihihihi.
No i na tym sie skonczyl moj pobyt w Huajuapan de Leon.
Ogolnie rzecz biorac miasto jawi mi sie jako istny meksykanski Bukareszt. Oczywiscie taki Bukareszt w miniaturce. Chociaz moze to i drobna przesada. Ale I tak jestem zdania, ze to taka mala Rumunia 6 godzin na poludnie od miasta Meksyk. Uliczki waskie i brudne, na kazdym murze jest napisane jak nie Fuera Ulises Ruiz de Oaxaca! to Que viva APPO! ewentualnie Que viva EZLN! i takie tam. Ludzie, bez zadnych perspektyw.
W niedziele w poludnie wyjechalam z jednym znajomym rodziny ktory studiuje w Oaxace, wlasnie do stolicy stanu. Zobaczycie tam na zdjeciach. Studiuje prawo na uniwersytecie gdzie to wszystko sie zaczelo (czyt. APPO sie zaczelo). Polazilismy po miescie, zjedlismy pyszne nieves oaxaquenos, czyli lody i zwiedzilismy centrum historyczne razem z najpiekniejszym kosciolem na swiecie, czyli Santo Domingo. Kolonialny, caly w zlocie. Nie zobaczycie, bo w srodku nie mozna robic zdjec, ale na googlach zobaczycie. No i w Oaxace zobaczycie:P
O 19:00 wyjechalam do Tuxtli. Oczywiscie musialo mnie sie trafic miejsce obok kolesia, ktoremu to sie geba nie zamykala, ze tak powiem, do polnocy opowiedzial mi cale swoje zycie, a ja sie gapilam za okno. Zakrety, gory, zakrety, gory. Pomyslalam sobie o jednej takiej drodze w Austrii i o Arku G. i w przeciagu 5 minut byl wypadek. Ciezarowka zdezyla sie z jadacym z naprzeciwka autobusem, autobus sie przekrecil i stoczyl do rowu, a wlasciwie to chyba spadl z gory, bo juz go nie bylo widac, pol ciezarowki tez spadlo. Ta polowa z kierowca, a druga polowa sie przewrocila, torujac droge. Nasz autobús jechal tuz za ciezarowka.
Dojechalam do Tuxtli na 6:30 rano, a na 7:30 poszlam do szkoly;D
Jedno jest pewne. Todos los Oaxaquenos se creen Juarez. Czyli wszyscy mieszkancy Oaxaki uwazaja sie za Benito Juareza.
Ekhm. A jutro o 5 rano wybywam na wycieczke. Zabieram sie do Palenque (piramidy), Misol ha (wodospad) i Agua Azul (kaskady). Lol, bedzie zabojczo.
Aha, wrzucilam tez zdjecia z San Cristobal, z konferencji Rotary;)
Adres: http://picasaweb.google.com/zapatystka
Dobranoc i widzimy sie w Polsce 8 lipca.
piątek, 23 maja 2008
poniedziałek, 12 maja 2008
"Ten kraj jest jak psychodeliczny lot Czujesz, że nie zmienisz nic Spróbuj wziąć z tego coś To przecież twoje życie jest Popełniaj błędy i naprawiaj je Gdy dotkniesz dna odbijaj się Wykorzystaj czas, drugiego już nie będziesz miał"
Swietnie. Po prostu swietnie. Wlasnie taki byl plan, czyz nie? Nie mozna dostac czegos, nie tracac czegos w zamian. Zeby cos otrzymac, musisz poswiecic cos o podobnej wartosci. Ale tak wlasciwie, to co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to? Ta. Pokonamy fale, jesli kazdy z nas zbuduje most. Nie wiem dlaczego mnie sie akurat teraz zachcialo zburzyc to, co budowalam od dluzszego czasu. A nie! Chwila! Jasne, ze nie! Bo taki byl plan, nie? A wlasciwie to co mnie to obchodzi? W gore serca, Polska wygra mecz. Nie no zla jestem. Bardzo zla.
W ostatnia srode przezylam najgorsze poltorej godziny mojego zycia. Jak prawie zawsze, na tsotsil przyszlismy tylko ja, profesor i Alejandra.
A wiecie co jest w ogole najsmieszniejsze? To, ze ona sobie chyba pomyslala, ze ja sobie zartuje i sie zaczela smiac. Ha ha ha. Bardzo smieszne. Nie no zla jestem. Bardzo zla jestem. Ide, bo chyba mam teraz socjologie.
Ps: A ja w srode wieczorem jade do Oaxaki! :D:D:D Hihihi:D
Swietnie. Po prostu swietnie. Wlasnie taki byl plan, czyz nie? Nie mozna dostac czegos, nie tracac czegos w zamian. Zeby cos otrzymac, musisz poswiecic cos o podobnej wartosci. Ale tak wlasciwie, to co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to? Ta. Pokonamy fale, jesli kazdy z nas zbuduje most. Nie wiem dlaczego mnie sie akurat teraz zachcialo zburzyc to, co budowalam od dluzszego czasu. A nie! Chwila! Jasne, ze nie! Bo taki byl plan, nie? A wlasciwie to co mnie to obchodzi? W gore serca, Polska wygra mecz. Nie no zla jestem. Bardzo zla.
W ostatnia srode przezylam najgorsze poltorej godziny mojego zycia. Jak prawie zawsze, na tsotsil przyszlismy tylko ja, profesor i Alejandra.
A wiecie co jest w ogole najsmieszniejsze? To, ze ona sobie chyba pomyslala, ze ja sobie zartuje i sie zaczela smiac. Ha ha ha. Bardzo smieszne. Nie no zla jestem. Bardzo zla jestem. Ide, bo chyba mam teraz socjologie.
Ps: A ja w srode wieczorem jade do Oaxaki! :D:D:D Hihihi:D
Subskrybuj:
Posty (Atom)