poniedziałek, 31 marca 2008

Wakacje!!!

Tak wiem. Zlym czlowiekiem jestem. Tak jakby troche mnie nie bylo. A bo w zalobie bylam. Bo moj Wen sie utopil w morzu. Ale o morzu pozniej. Teraz takie specjalnie podziekowania.

Dzieki Ci Boze (wersja dla Orzozy – Dzieki Ci Absolucie) za Polske, lol gdybym sie urodzila w jakims, ciemnym, zacofanym, klerykalnym, szowinistycznym, ksenofobicznym i w ogole wszystko-fobicznym kraju, jakim jest Meksyk, to by pewnie zrobili ze mnie jakas malowana lalke. Wiem, ze opis brzmi jak Polska, ale naprawde, gdybyscie widzieli, to byscie uwierzyli. Zaprosmy Fay’a do Meksyku. Hihihi.

Od wczoraj mieszkam z nowa rodzina. Rodzina jest beznadziejna. Ojciec zazwyczaj wpada tylko na obiad, opowiada o tym ile tam wydal kasy ostatnio w kasynie i jak bardzo jest dla niego wazna jego rodzina. Jak stad na ksiezyc i z powrotem. Nosi wiejskie czarne spodnie prosto z pralni i idealnie wyprasowana biala koszule w rozowe paski…z ato usmiecha sie jak mieszaniec chihuahua z yorkshire terrierem. Jak ktos nie wie jak to jest, to juz wyjasniam, a mianowicie nijak. Mama natomiast nie umie gotowac, ale udaje, ze umie. Rano przychodzi kucharka i gotuje. Indianka sprzata, druga Indianka gotuje, za to mama znalazla sobie nowa rozrywke. Nie odpowiada jej sposob w jaki sie ubieram. Znaczy nie odpowiada to dosc lagodnie powiedziane. Z tego wlasnie powodu postanowila mi kupic nowe ubrania, jedno bardziej wiejskie od drugiego, zabrac do fryzjera, zrobic doklejane paznokcie i takie inne. Postanowila tez, ze musze zdjac moje bransoletki, bo wygladaja brzydko, wedlug niej.
W domu maja taki system, wszystko sie wylacza o 22:00. Mowiac wszystko, mam na mysli komputer, internet, tv, swiatlo…


Ale i tak nie o tym chcialam. Jesli ktos zauwazyl, to sie pojawily nowe moje boskie zdjecia. Hihihi. Na stronie: http://picasaweb.google.com/zapatystka


Jesli ktos sprytnie zauwazyl, pochodza z wakacji… z czego mozemy wydedukowac, ze… bylam na wakacjach! Tak jest!

W niedziele 16 marca tuz po 6 rano, razem z ciatka, wujkiem, ich dwojka malych dzieci i kuzynka oposcilismy Tuxtle Guttierrez i ruszylismy droga via Puente Chiapas w kierunku stanu Veracruz. Zegnalo nas wschodzace slonce tuz nad Sierra Madre. Po ponad czterech godzinach minelismy Villahermose, w stanie Tabasco. Po powodzi juz prawie ani sladu. Dalej przejechalismy przez Ciudad del Carmen i Campeche, stan o tej samej nazwie, az pod wieczor dotarlismy do Meridy, stan Yucatan. Merida, biale miaste, wyobrazalam sobie nieco mniejsze, coz, wszystkie uliczki takie same i zadna nie prowadzi do Rzymu. Jak chcesz sie zgubic, to zapraszamy do Meridy. No i po przyjezdzie to sie najedlismy i poszlismy spac. Mieszkalismy u jakiejs tam rodziny. Starsza kobieta, ktora miala 9 dzieci i przypomina ci o tym 10 razy na dzien oraz mezczyzna, ktory ciagle sie usmiecha i zmywa naczynia. Oprocz tego super bogate malzenstwo z dwojka super brzydkich i niegrzecznych dzieci. I to nie tylko moja opinia, w drodze powrotnej wszyscy doszlismy do takiego wniosku. Coz, moze nie mozna miec wszystkiego. W poniedzialek z samego rana poszlam zwiedzac miasto. Zocalo, Katedra, Palacio de Gobierno, Museo de Historia y Antropologia itd. I poznalam pania gobernador, hihi. Znaczy tak, ona miala zaszczyt poznac mnie. Okej, pod warunkiem, ze wypatrzyla mnie gdzies w tlumie, ale to taki szczegol. A bo weszlam do Palacio de Gobierno i akurat jak mialam wychodzic to sie zaczela konferencja prasowa. Hihi.
Kupilam sobie boska czerwona bluzke, hihi, ktora mozna podziwiac na zalaczonych zdjeciach. No i tak sobie chodzilam caly dzien po Meridzie, az okolo 16 wpadlam na boski pomysl i pojechalam do Progreso, gdzie chce wrocic jeszcze raz:D Progreso jest na polnoc od Meridy, nad morzem, jedzie sie okolo 40 minut autobusikiem za 24 peso. Wysiada sie i idzie sie taka szeroka ulica, pelna slonca, kubanskiej muzyki, kobiet w stanikach, facetow bez stanikow, kostiumow do wyboru do koloru i wszelkich pamiatek. Kupilam sobie kokosa. Daja ci slomke i robisz sobie dziurke i pijesz wode z kokosa. Umarlam. Wzielam sobie mojego kokosa, usiadlam na plazy i tak siedzialam z godzine, sadzac napoj, wsluchujac sie w rytmy salsy i wpatrujac sie w morze… a raczej w ocean, ale to przeciez tylko szczegol. Progreso to nie zadne nie-wiadomo-co. Nie ma idealnie bialego piasku, ani przezroczystej wody. Ale ma ten klimat. I to jest fascynujace. Pozniej sie przeszlam po glownej ulicy tuz przy plazy, boso. Pelno straganow z wszelkimi pamiatkami, z daleka wypatrzylam jakies dwie dziewczyny w typowych strojach z San Juan Chamula, tutaj z Chiapas, podeszlam do nich i zaczelam z nimi rozmawiac w jezyku tsotsil, czyli ich jezyku. Mialy po 16 lat i przyjechaly tam zeby sprzedawac, jak je zapytalam gdzie mieszkaja to powiedzialy “a gdzies tam tutaj”. Na koniec mi daly kolcyzki. Hihi. Pozniej poszlam do jakiegos La Habana Club albo czegos o podobnie brzmiacej nazwie, gdzie sie napilam mojito, taki tradycyjny kubanski napoj. Calkiem niezly. Znaczy przezylam. Wieczorem wrocilam do domu, posiedzielismy z rodzina itd. Nastepnego dnia, wtorek, pojechalam do Oxkutzcab. Taka wioska na poludnie od Meridy, gdzie sa piramidy i gdzie pracuje moj taki inny wujek Tomas. Ktory to Tomas jest slawnym archeologiem. Wiec pojechalam na caly dzien do niego. Rano wyszlismy z cala ekspedycja archeologow (ok, bylo nasz 6 moze 7 osob:D) a las piramides :D Najpierw blisko Oxkutzcab, pozniej kolo wioski Xul. ( x – czyta sie jako polskie “sz”, to tak jakby ktos nie wiedzial). Bylo genialnie! Te piramidy, ktore widzielismy w ogole nie sa dostepne dla zwiedzajacych! W ogole nic nie sa! Ze nie mozesz sobie o nich przeczytac w Polsce ani nic! A sa boskie. Oni tam na razie pracuja, wiecie wszystko troche zarosniete i tak dalej, ale wyglada bosko. I jeszcze od razu darmowy przewodnik w postaci Tomasa. Hihi. Okolo 17 wrocilismy do jego domu w Oxkutzcab, usiedlismy, zjedlismy cos. A jak wspomnialam, ze Tomas jest slawny, to nie bez powodu. Bo jest. Rok temu jak przyjechal do Meksyku prezydent Bush (oczywiscie to nie jest zaden prezydent – fraude electoral, ale to tak dla wtajemniczonych), wiec jak przyjechal Bush to moj prawie wlasny wujek Tomas oprowadzal jego i rownie falszywego a nawet bardziej prezydenta Meksyku Felipe Calderona po piramidach na Yucatanie. Hihihi!! No i tak siedzimy po obiedzie i Tomas opowiada: “Jak przyjechal ksiaze Japonii to mi przywiozl japonska porcelane, jak przyjechal prezydent Niemiec, to mi przywiozl niemiecki scyzoryk, a jak przyjechal Bush, to mi przywiozl zdjecie Busha”. Hihi.
Nastepnego dnia, w srode pojechalam sama zwiedzac Chichen Itza, piramidy Majow z okresu klasycznego, jakby ktos nie wiedzial co to znaczy Chichen Itza. Bylo absolutnie genialnie. O ja cie! Ale jazda! Ja chce jeeeszczee raaaz!
W czwartek sie spakowalismy i pojechalismy do Cancun. Cancun to jest raj, jakby ktos nie wiedzial. Idealnie bialy piasek, calkowicie przezroczysta woda i w ogole wszystko cacy. Hihi. Wiec jak tylko dojechalismy to zesmy legli na plazy i tak do wieczora. Okolo 22, 23 poszlam conocer la vida nocturna de Cancun. Az mnie zabilo. Gdzie j ato nie bylam, czego j ato zem nie robila. Wrocilam okolo 6:30, przespalam sie, o 10 bylam w autobusie za 68 peso do Tulum, dwie godziny drogi. Tulum. Mowilam, ze Cancun to jest raj? Nie. Tulum to jest Raj. Po prostu tego sie nie da opisac, to trzeba zobaczyc. Piramidy na brzegu morza. Chyba nie musze opisywac jakie to wybrzeze i to morze boskie. Oj bardzo boskie. Wrocilam do hotelu pod wieczor i poszlam spac.
W sobote pol dnia lezelismy na plazy i kapalismy sie w morzu. No, zeby to bylo jasne. (tak, to ten moment w ktorym wy zaaaazdroscicie:P). Po poludniu wyjechalismy, spedzilismy noc gdzies w stanie Campeche w polowie drogi i w niedziele przyjechalismy prosto na obiad. Ogolnie Yucatan jest boski, boski, boski!

Ale niestety wakacje tak jakby sie skonczyly. Jutro do szkoly;(

Takze jakby ktos mnie chcial uratowac z domu wariatow (tak Marcosie, to apel do Ciebie I tej Twojej partyzantki) to droga wolna. Susana, ciocia, z ktora bylam na Jukatanie ( tu pozdrawiamy Susy!) uprzedzala mnie, ze oni sa nienormalni, ale myslalam, ze nie az tak bardzo…

Ok, pozdrawiam i ide, papapa!