piątek, 23 maja 2008

Oaxaca;D

Witam serdecznie po przerwie;) Jak sie maja moi kochani czytelnicy? Otoz ja przybywam z dalekiej podrozy po jakze odleglym, niebezpiecznym i nieziemsko pieknym meksykanskim stanie Oaxaca i wlasnie dobilam na internet, zeby zdac relacje, gdzie zem byla, co zem widziala i co zem rozwalila po drodze. Takze zapraszam drogich Polakow w ten majowy dzien do lektury.

Do miasta Oaxaca wyjachalam autobusem z Tuxtli o godzinie 23:55 w srode poprzedniego tygodnia. Oczywiscie zabralam sobie zapasy zywnosci na cala noc, mp3 i ksiazke. Po okolo 3 godzinach jazdy dotarlismy na granice Chiapas i Oaxaki, zastrzymalismy sie, weszlo dwoch panow policjantow ze strazy granicznej i pierwszy zaczal sprawdzac dokumenty, a drugi przeszukiwac bagaze. Tak. W Meksyku na granicach stanow takie kontrole jak u nas dwadziescia lat temu, no chyba na tym przejsciu z godzine stracilismy. Straz graniczna szuka nielegalnych imigrantow z Gwatemali, Hondurasu, Belize, ktorzy przez Meksyk wybieraja sie do gringolandii. Kiedy juz w koncu ruszylismy, po pieciu minutach drogi kierowcy rozganizowali polgodzinny postoj “bo oni musza cos zjesc”. Takze “wysiedli nas” gdzies na jakims zadupiu, przy restauracji “La Familia”, coz mialam robic, poszlam pozwiedzac. Normalnie knajpka jak z minionej epoki, na scianie wisi Zapata, na drugiej Pancho Villa, a z glosnika dobiega glos Luisa Miguela, Slonca Meksyku. Siadlam i tak przez polgodziny wsluchiwalam sie w to, co Meksykanie lubia najbardziej, czyli niebianski glos Luisa Miguela.

Do Oaxaki dojechalismy okolo godziny 10 rano, na stacji odebrala mnie rodzina Kris i poszlismy na poszlismy na sniadanie na El Mercado de la Democracia (hahaha, meksykan poczucie humoru nie opuszcza). Wcielam gigantycznych rozmiarow quesadillie Al Pastor i wypilam horchate. Nastepnie udalismy sie do Monte Alban (piramidy). Musielismy przejechac przez centrum miasta, a ze byl to dzien nauczyciela, w miescie Oaxaca odbywaly sie protesty, takze skoro ojciec i tak musial przejechac przez caly ten pochod, to my z ciocia wysiadlysmy i poszlysmy sobie troche poparadowac, Que viva appo! Ulises Ruiz asesino! Fuera Ulises Ruiz de Oaxaca!! I ogolnie takie nastroje. Strasznie fajnie. Jak bede duza to zostane nowym przewodniczacym appo. Hihi. Jakos w koncu dotarlismy do Monte Alban, gdzie Monika, bardzo zadowolona, wyciagnela legitymacje szkolna i weszla za darmo, oszczedzajac w ten sposob jakies 50 peso :D Hihi. Monte Alban ogromne. I w ogole och i ach, piekne i wspaniale. Oczywiscie musialam dotknac kazdego kamienia, wejsc na kazda piramide, a przy tym strasznie sie spalilam na sloncu, ale co tam. Serio, Monte Alban robi ogromne wrazenie, nie wiem czy nie wieksze niz Chichen Itza. Poza tym jest niezla sesja zdjeciowa z Monte Alban na stronie. Tak czy inaczej wymeczeni wrocilismy do miasta Oaxaca i pojechalismy zobaczyc El Tule, czyli najstarsze drzewo na swiecie. Ma ponad 2 tysiace lat. Jest wielkie i grube. Stamtad pojechalismy na obiad, znow sie napchalam jak szalona, ale co? To moja wina, ze tu jedzenie jest takie dobre?

Na zdjeciach w Monte Alban ten pan to ojciec Kris, a ta pani to ciocia. Mama pojawia sie dopiero przy El Tule, czyli tym wielkim drzewie. To taka informacja dla mojej mamy, zeby sie polapala.
Okolo godziny 22:00 dojechalismy do Huajuapan, miasteczko na polnoc od Oaxaki, droga pelna zakretow i wszedzie gory. Prawie jak Moja Macedonia. Prawie, oczywiscie, robi ogromna roznice. Wiec dojechalismy do Huajuapan, wiec w nocy nic nie widzialam, poszlismy spac. Nastepnego dnia wstalam okolo 10 rano, bo i tak wszyscy byli w szkole/pracy, wiec co ja sie bede i tylko o 10 rano przenioslam sie z lozka na hamak na podworku. Przed obiadem poszlysmy z siostra Kris zwiedzac miasto, czyli: Paque Central gdzie to ktos przez caly czas puszczal Juana Gabriela, drugie Slonce Meksyku, La Catedral i Italian Coffee. Nic wiecej nie ma. Hihi. No jeszcze sie wbilysmy do jakichs tam sklepow z artesanías, ale nic nie kupilam, bo drogo sprzedawali. Po obiedzie juz z cala rodzina poszlismy odwiedzic babcie, dziadka, ciotki, wujkow i wszystko inne. Ogolnie rzecz biorac Meksykanie rozmnazaja sie jak kroliki i ze wzgledu n ato w 2010 roku jezyk hiszpanski bedzie drugim jezykiem swiata. To tak jakby ktos nie wiedzial. Chociaz wlasciwie nie posadzam nikogo, zeby wiedzial. Tak czy inaczej zostalam wysciskana przez jakas dwudziestke ludzi, a wieczorem juz tylko ja, siostra, ojciec i mama poszlismy “cenar taquitos” czyli zjesc tacos na kolacje. Spoko maroko, zjadlam tylko 4. Spoko, sa malutkie i wcale nie maja duzo kalorii. Tylko troszke. Pozniej, okolo 22:00 siostra zwolala znajomych i poszlismy na dyskoteke. Dyskoteka taka sobie. Nadrabiala nieco mezcalem.

Nastepnego dnia poszlam zwiedzic Uniwersytet. Nie wiem dlaczego, ale w Polsce chyba tak nie jest. Meksykanie nadaja nazwe Uniwersytetu kazdej szkole wyzszej, jaka sie tylko i muda zbudowac. Oczywiscie poziomem to te cale uniwersytety sie do AS nie umywaja, ba, pewnie nawet i do Zeroma im brakuje. Ale co tam. W samej Tuxtli jest z 10 Uniwersytetow, jak nie 15. Pozniej byl obiad w klubie Rotary, Rotarianie tym razem puszcili trzecie Slonce Meksyku, czyli Alejandro Fernandeza.

O 22 znow poszlysmy znowu na dyskoteke, tym razem inna i tak byla fajniejsza. Hihi. Chyba ze wzgledu na 17 maja puscili ymca. Hihihihihi.

No i na tym sie skonczyl moj pobyt w Huajuapan de Leon.

Ogolnie rzecz biorac miasto jawi mi sie jako istny meksykanski Bukareszt. Oczywiscie taki Bukareszt w miniaturce. Chociaz moze to i drobna przesada. Ale I tak jestem zdania, ze to taka mala Rumunia 6 godzin na poludnie od miasta Meksyk. Uliczki waskie i brudne, na kazdym murze jest napisane jak nie Fuera Ulises Ruiz de Oaxaca! to Que viva APPO! ewentualnie Que viva EZLN! i takie tam. Ludzie, bez zadnych perspektyw.

W niedziele w poludnie wyjechalam z jednym znajomym rodziny ktory studiuje w Oaxace, wlasnie do stolicy stanu. Zobaczycie tam na zdjeciach. Studiuje prawo na uniwersytecie gdzie to wszystko sie zaczelo (czyt. APPO sie zaczelo). Polazilismy po miescie, zjedlismy pyszne nieves oaxaquenos, czyli lody i zwiedzilismy centrum historyczne razem z najpiekniejszym kosciolem na swiecie, czyli Santo Domingo. Kolonialny, caly w zlocie. Nie zobaczycie, bo w srodku nie mozna robic zdjec, ale na googlach zobaczycie. No i w Oaxace zobaczycie:P

O 19:00 wyjechalam do Tuxtli. Oczywiscie musialo mnie sie trafic miejsce obok kolesia, ktoremu to sie geba nie zamykala, ze tak powiem, do polnocy opowiedzial mi cale swoje zycie, a ja sie gapilam za okno. Zakrety, gory, zakrety, gory. Pomyslalam sobie o jednej takiej drodze w Austrii i o Arku G. i w przeciagu 5 minut byl wypadek. Ciezarowka zdezyla sie z jadacym z naprzeciwka autobusem, autobus sie przekrecil i stoczyl do rowu, a wlasciwie to chyba spadl z gory, bo juz go nie bylo widac, pol ciezarowki tez spadlo. Ta polowa z kierowca, a druga polowa sie przewrocila, torujac droge. Nasz autobús jechal tuz za ciezarowka.

Dojechalam do Tuxtli na 6:30 rano, a na 7:30 poszlam do szkoly;D

Jedno jest pewne. Todos los Oaxaquenos se creen Juarez. Czyli wszyscy mieszkancy Oaxaki uwazaja sie za Benito Juareza.

Ekhm. A jutro o 5 rano wybywam na wycieczke. Zabieram sie do Palenque (piramidy), Misol ha (wodospad) i Agua Azul (kaskady). Lol, bedzie zabojczo.

Aha, wrzucilam tez zdjecia z San Cristobal, z konferencji Rotary;)

Adres: http://picasaweb.google.com/zapatystka

Dobranoc i widzimy sie w Polsce 8 lipca.

poniedziałek, 12 maja 2008

"Ten kraj jest jak psychodeliczny lot Czujesz, że nie zmienisz nic Spróbuj wziąć z tego coś To przecież twoje życie jest Popełniaj błędy i naprawiaj je Gdy dotkniesz dna odbijaj się Wykorzystaj czas, drugiego już nie będziesz miał"

Swietnie. Po prostu swietnie. Wlasnie taki byl plan, czyz nie? Nie mozna dostac czegos, nie tracac czegos w zamian. Zeby cos otrzymac, musisz poswiecic cos o podobnej wartosci. Ale tak wlasciwie, to co komu do tego, skoro i tak mniejsza o to? Ta. Pokonamy fale, jesli kazdy z nas zbuduje most. Nie wiem dlaczego mnie sie akurat teraz zachcialo zburzyc to, co budowalam od dluzszego czasu. A nie! Chwila! Jasne, ze nie! Bo taki byl plan, nie? A wlasciwie to co mnie to obchodzi? W gore serca, Polska wygra mecz. Nie no zla jestem. Bardzo zla.
W ostatnia srode przezylam najgorsze poltorej godziny mojego zycia. Jak prawie zawsze, na tsotsil przyszlismy tylko ja, profesor i Alejandra.
A wiecie co jest w ogole najsmieszniejsze? To, ze ona sobie chyba pomyslala, ze ja sobie zartuje i sie zaczela smiac. Ha ha ha. Bardzo smieszne. Nie no zla jestem. Bardzo zla jestem. Ide, bo chyba mam teraz socjologie.

Ps: A ja w srode wieczorem jade do Oaxaki! :D:D:D Hihihi:D

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

I have measured out my life with coffee spoons...

28 kwietnia roku 2008. Ha! Jutro nie ma lekcji! Znaczy w krajach trzeciego swiata, w ktorych edukacja stoi na poziomie Rowu Marianskiego, a wlasciwie lezy. Nie. Tak wlasciwie to pelza. Wije sie jak zaskroniec po swietokrzyskich lasach. A nie, to nie ta szerokosc geograficzna, prawda? Wije sie jak boa dusiciel po jukatanskiej dzungli. A teraz wlasnie wpelzla w jakies rownie jukatanskie bagno i dlatego jutro nie ma lekcji. Nie zeby dzisiaj byly. Oczywiscie, ze nie. Roznica polega na tym, ze dzis musialam wstac o szostej rano, dotoczyc sie do szkoly na 7:00, zeby okolo godziny dziewiatej dowiedziec sie, ze dzis juz nie bedzie lekcji, juhu, jestesmy wolni, mozemy isc! Natomiast teraz juz wiem, iz jutro lekcji nie bedzie. Za to wiem, ze w srode bedzie sprawdzian z historii. Ale za to po sprawdzianie ide na sniadanie na Mercado de los Ancianos, a pozniej do kina. Hihihi. Znaczy nie takie „hihihi” bo bede musiala wytrzymac dwie godziny na jakiejs meksykanskiej produkcji niskiej jakosci pod jakze wymownym tytulem „Casi divas”. Okej, o to juz sie nie martwcie, ja sie czyms zajme. Ale wlasciwie to nie o tym chcialam.

Romeo, moj ojciec, ostatnio sobie ucial ze mna „mila” pogawedke. Oczywiscie najpierw nie omieszkal oswiecic mnie, iz sypie sie jedna lyzeczke kawy, a nie trzy i pol, i ze umre na nadcisnienie. Ja za to oszczedzilam mu tlumaczenie, ze kawa est MEA, kupiona ze wlasne 12 peso w Oxxo (meksykanski rodzaj Groszka), i ze jak bede chciala to sobie nasypie 103 lyzeczki. Pomijajac tuzin wad, ktore mi wytknal (spoko maroko, nie pozostalam mu dluzna) dowiedzialam sie, iz cierpie na zespol stezony braku ambicji i ze ubierajac sie jak „Wolnosc, rownosc, braterstwo” do niczego w zyciu nie dojde. Okej, okej, ja wiem, ze Polska, to tylko taki kraj na pograniczu Europy wschodniej i zachodniej i pewnie prezydent tego kraju malo znaczy dla Romea, ba! Zero znaczy! Null znaczy! Ale co? Mam chciec zostac prezydentem Wszech Rosji, zeby byc wystarczajaco ambitna dla Romea? A moze mam zostac burzujem z Chiapas, ktory polowe pieniedzy ukradl, a druga polowe zarobili dla niego inni, dla ktorego kazde slowo zaczynajace sie na „Z” jak na przyklad „Zapatysci” to zlo wcielone i szatan w ludzkiej osobie, i ktory posiada w sobie wiecej hipokryzji niz Severus CIS-u*, a mniej moralnosci niz ja krwi w systemie kofeinonosnym? Nie wiem, w tym momencie Kikin strzelil bramke i zapomnialam zapytac. Za to, co do mojego ubioru, zapytalam Romea czy naprawde nigdy w zyciu nie widzial/slyszal Beatriz Paredes? I mysle, ze tym jednym zdaniem odebralam mu wszystkie argumenty i w ogole jaka kolwiek mozliwosc apelacji. Zamknal sie. Najprawdopodobniej na wieki, jesli chodzi o ten temat. Wiecie? To jedno z najmilszych uczuc na swiecie, kiedy Romeo sie zamyka. Czasami masz nawet ochote na „sezamie otworz sie”, zeby tylko moc znow blogo dryfowac sluchajac jego slowotokow, a nastepnie zniszczyc go za jednym uderzeniem. I sie zamyka. „O ja cie, stary! Ale jazda! Ja chce jeszcze raz!”. Czasami tez Romeo potrafi byc niezwykle dowcipny. Ot co, uczysz sie na glupi sprawdzian, saczysz kawe, patrzysz na zegarek i jakby wskazowki sie zatrzymaly i wtedy przychodzi Romeo, zaglada do lodowki i zeby rzucic niezlym zartem, mowi ze idzie teraz do pracy i ze widzimy sie jutro. Smieszne przychodzi dopiero wtedy, kiedy naprawde wychodzi i ty wiesz, ze wraca nastepnego dnia. Coz za kretyn uwierzy, ze czlowiek, posiadajacy 3 samochody do wyboru do koloru pod domem, lapie taksowke i o godzinie 22:17 w niedziele jedzie do biura, zeby ciezko pracowac. No to juz tylko jego zona. Ty sie usmiechasz do siebie, konczysz kawe, przypominasz sobie o kilku szczegolach, usmiechasz jeszcze szerzej, ale wlasciwie, po co masz sie mieszac w zycie innych. Pozniej przypomina ci sie, w jakiej szerokosci geograficznej zyjesz, zostawiasz notatki na egzamin, bo co bys nie zrobila, z historii i tak jestes skazana na 10, i idziesz spac jak poprawny Polak katolik.
Ach, Romeo Narcyz Sie Nazywam opowiadal mi jeszcze o tym jak to on zaprojektowal zycie swojemu synowi i swojej szescioletniej corce (bedzie architektka). Nie wiem, tej przemowy nie za bardzo sluchalam, bo Kikin byl centymetry od bramki, ale dowiedzialam sie, ze swiat polega na posiadaniu znajomosci i ze gobernador de Chiapas jest przyjacielem Romeo i gdyby nim nie byl, to Romeo by nie mial tego co ma. I kazal mi sobie zapamietac, ze gdyby ktos kiedys chcial mi dac miejsce na uniwersytecie po znajomosci to zebym czasem nie pogardzila. Jak sie wyrazilam co o tym sadze, to sie biedactwo obruszylo i powiedzialo, ze gdyby ono mialo znajomego na Harvardzie, to wystarczylo by zeby wykonalo jeden telefon i jego syn by studiowal na Harvardzie. I od tego momentu zaczelam sie modlic, zeby zalegalizowali klonowanie, sklonowali Noama i obsadzili wszystkie uniwersytety swiata Noamami. Chociaz zapewne ja znowu popelniam ten sam blad, a mianowicie jak juz ktos jest fajny, to ja sobie wyobrazam, ze jest dokladnie taki jak ja. I slepo wierze. Moze Harvard jest pelny kuzynow Noama. A moze nie. I ja sobie wole wierzyc w ta druga wersje. Za to Romeo Jestem Piekny I Uroczy, twierdzi ze tak jest na calym swiecie i w Polsce tez i ze w kazdej dziedzinie zycia, ze o, na przyklad taki Kikin, na pewno mial kogos znajomego w kadrze, dlatego teraz gra, bo ktos kiedys przez znajomosci dal mu szanse. Sorry, ale gdyby zycie bylo takie proste, to dlaczego reprezentacja Polski nie sklada sie z samego rodu Callevichow, jesli wystarczy jeden telefon do Raula, to czemu kuzyni Orlow jeszcze nie zalali PLS? Tak juz to widze, ten usmiech na ustach Raula, Polacy, nie martwcie sie, wiem ze Wlazlego boli noga, ale ja juz mam na jego miejsce tutaj takie jedno Kadziewiczatko. Hahahaha. W ogole to ja nie chce na takim swiecie zyc. Odmawiam po prostu. I az sobie pojde nalac wiecej trucizny, zebym szybko dostala tego nadcisnienia. I naprawde coraz bardziej zygam tym krajem. Na czele z tym lgarzem Calderonem. O, i juz mi nie dobrze. I nikt nic nie robi. Dlaczego mnie sie czasami wydaje, ze ja to tylko jestem taka jedna skrzywiona na swiecie?

czwartek, 24 kwietnia 2008

"Kazdy dobrze wie... tego co nam zapisane zmienic sie nie da"

Zmiany, zmiany, zmiany. Walczylam z tym. Przysiegam. Czasami nawet brutalnie. Serio, stoczylismy bitwe. Ja niestety poleglam. Takze teraz, kiedy juz jestem pewna, zamierzam to oglosic wszem i wobec! A co mi tam! Niech kazdy Polak i kazda Polka wie, ze...

od soboty, 19 kwietnia, moim ulubionym kolorem jest... rozowy! I to nie jakis tam zwykly rozowy! Rosa mexicano, albo jak kto woli: fiusha! Ha ha!

Gdyby ktos nie wiedzial jak wyglada ten kolor, to tak: http://farm1.static.flickr.com/72/194946131_96af25ab4c.jpg

W zwiazku z tym, poczynilam juz pewne zmiany. Przefarbowalam wlosy na rozowo... a nie:P zartuje:P jeszcze raz...

W zwiazku z tym, poczynilam juz pewne zmiany. A wlasciwie zmiany same sie poczynily, bo ja tylko przyjelam pare prezentow. Alexa uznala, ze dwoch rozowych bluzek od cioci i tak nigdy nie wlozy. I uznala tez ze torba bardzo ladnie wisiala na wieszaku, ale jeszcze ladniej powisi na mnie.
Osobiscie zaopatrzylam sie w 15 rozowo-rozowych bransoletek od chamulitas. Mam rozowe buty i teraz poluje na rozowa sukienke w meksykanskich ciucholandach. Ale fajnie.

I chce, zeby te moje magnolie byly rozowe.

Wspominalam w ogole, ze w ta sobote przekminilam nielegalna wycieczke do Zinacantan, wioski indian?:D No to mowie, w sobote nawijalam do ludzi w tsotsil (dobra, tylko 3 zdania) i zapierniczalam po terenach kontrolowanych przez zapatystow:D aaaa:D bylo bosko, a wiecie co znalazlam jak wyszlam z indianskiego kosciola, ktory jest katolicki, ale jakos tak mialam dziwne wrazenie ze zbyt duzo swietych na oltarzu i tak jakby brakuje Krzyza? Wiec jak wyszlam to pierwsze co zobaczylam to sklep. Normalnie sklep na przeciwko kosciola, prawie jak w cywilizowanym swiecie, gdyby nie fakt, ze ostaczaja cie gory ze wszystkich stron, ogarnia cie cisza, wlasciwie to nie wieje wiatr i masz wrazenie ze jestes na koncu swiata i tam juz wiatr po prostu "niedowiewa", trojka chlopcow gra na niby boisku w pilke, jak w cywilizowanym swiecie, roznica jest taka, ze te dzieci nie wiedza o istnieniu cywilizowanego swiata, nie wiedza, ze tam za oceanem jest Europa, ba! nie wiedza, ze jest ocean! Ba! Nie wiedza ze mieszkaja na kontynencie amerykanskim! Ba! Jestem w stanie przysiac, ze nie wiedza, iz mieszkaja w Meksyku! Wiedza tylko, ze gdzies tam, za tymi gorami jest San Cristobal, gdzie mama na targu sprzedaje bluski i gdzie siostra pojechala prac i gotowac bogatym. I tak po prostu graja sobie w pilke i sie smieja. Zaden inny odglos do ciebie nie dochodzi, ale dasz sobie reke uciac, ze ktos cie obserwuje, widzi kazdy twoj krok, cokolwiek zrobisz, jest za toba. Co sie rzuca w oczy to to, ze wszedzie sie walesaja bezpanskie psy i ze bardzo smutno im z oczu patrzy. I ze sa wychudzone. W tym momencie przystajesz na chwile i zastanawiasz sie gdzie teraz jest Marcos. Spogladasz na te gory i pytasz sie, czy gdzies tam? Czy moze naprawde uciekl do Gwatemali? Nie, mowisz, nie wierze. A gdzie jest Juan Sabines, el gobernador de Chiapas? Och, oczywiscie, to wiesz, przeciez mieszkasz blisko. Pewnie jest w swoim domu. Wielkosci dwoch przecznic. Z dziesiec domow by sie na tym terenie zmiescilo. I to duzych domow. Siadasz na ziemi, opierasz sie o czyjes ramie, biezesz pierwszy lepszy kamien i zabijasz kilka mrowek. Mrowki sa takie same jak w Polsce. Czarne i jak sie rozgniataja to pozostaja slady. Dokladnie tak Sabines, Valls, i reszta na czele z Calderonem czyni z Zinacantan. Rozgniata jak mrowki. Poczym twoja uwage zwraca osoba, na ktorej ramieniu spoczywa twoja glowa. Wiesz, ze cos mowi, ale nie slyszysz co. Bylo cos o "lindo pueblo, sed, agua, tienda, ya no llores" I przypomnialo ci sie, wstajesz, lapiesz ja za reke i ciagniesz do sklepu na przeciwko. Sprzedawczyni mowi po hiszpansku. Ale ty jak zwykle usmiechasz sie mentalnie do siebie i mowisz w duchu, calkiem zgodnie z prawda, ze ty mowisz lepiej. Prosisz o Agua Natural Ciel, pani mowi ze nie ma, wiec mowisz, ze moze byc jaka kolwiek, daje ci Bonafont, wciskasz jej do reki 8 peso, po czym wychodzic. W momencie kiedy przechodzisz przez prog odwracasz sie, sama nie wiesz po co. I wtedy to widzisz. Czytasz, drobne litery skladaja sie w calosc. Dziwnie znana ci calosc. Ale cos jest nie w porzadku. To cos... jakby nie na miejscu? Jakbys to juz gdzies widziala, ale nie tutaj? Tylko tam? Daleko?

Wracasz, podchodzic i czytasz z bliska: "Wodka wyborowa, imported from Poland"
Zanosisz sie smiechem. I wydaje ci sie, ze tylko ty rozumiesz. I tak wlasnie jest. Robisz zdjecie i wychodzisz. Stoisz na samym koncu swiata. I tylko ty wiesz, ze tam gdzies, jest inny swiat.


Kiedy dojezdzacie rozsypujacym sie busem do San Cristobal, dziekujesz w duchu Bogu, ze pojazd nie spadl gdzies po drodze przy ktoryms zakrecie. Tak jak w tym filmie. Placisz 18 peso, wysiadacie. I teraz nawet San Cristobal wydaje sie wam oaza cywilizacji. Ty oczywiscie nienawidzisz cywilizacji. I umacniasz to uczucie, za kazdym raziem kiedy widzisz przed soba glodne oczy. A tak sie sklada ze w Los Altos de Chiapas widzisz je wlasciwie bez przerwy. Jest juz pozno, musicie wracac. W koncu kto uwierzy, ze robisz prace domowa przez cala sobote? Teraz juz przynajmniej wiesz kto. Glupio, ze czlowiek musi klamac, zeby robic to, na co ma ochote. Pozwolmy ludziom byc szczesliwymi wedlug ich wlasnego uznania.

Na koniec jeszcze serdeczne pozdrowienia dla Orzozy, ktora wydaje sie byc jedyna osoba, czytajaca tego bloga.

Dobranoc, ide spac, bawcie sie dobrze na zakonczeniu roku.

wtorek, 22 kwietnia 2008

23 kwietnia - moj ulubiony dzien

O jej, ale smiesznie;D Cztery lata. Duzo sie od tego czasu zmienilo, nie wierze juz w koniec swiata, Jaroslawa Kalinowskiego, czterolistne koniczynki, wrozki zza siedmiu morz, principes azules de Guanajuato. Za to wierze w szufladki, Noama, Bakunina, Callevicha, Fi., Marka i Marcosa. I ze 23 kwietnia to jest tylko taki jeden na swiecie, i ze trzeba sie urodzic blaznem, zeby zostac krolem. I w maki i tulipany. A i nie wierze w kanon, kanon klamie. Za to wierze w Swiatelko. I nie wierze w farc i ze allende sie zabil i w spadajace gwiazdy. A i absolutnie nie wierze w mature. Matura to matrix. I wierze w Andresa Manuela. Ale tylko troche. Ale Andres Manuel nie wierzy we mnie. I to jest chyba jego jedyny problem. I gdybym byla chociaz w polowie tak inteligentna jak Noam to swiat bylby lepszy. Wierze, ze dzis sie skonczy szybko, ale na jutro bedzie trzeba jeszcze troche poczekac.

Pozdrawiam wszystkich dwudziesto trzecio - kwietniowo. To takie nowe swieto.

Piekny dzien, och jaki piekny dzien:D

Z komunistycznym pozdrowieniem i z zyczeniami zdrowia dla Fidela, zycia dla Severusa i mozgu dla Kaczynskiego, zegnam sie z moja szanowna publicznoscia polsko-jezyczna.

K`u xa elanik? Lek oy?
Ta smantal ti jtunel jyu`el ta Kosilaltik ti ta yaul julyo sjabilal 1999, tey jel sk`o xch`akel ti jteklumetik li`ta Chiapae. Ja`vukub ti jteklum ayan to bal ti ta buluchib sva `kvinik oy ox ono`oxe, ja`k`u cha`al Aldama xchi`uk Santiago (stak` k`elebel slok`obal yosil). Ja`jech tey ayan ta epal k`op a`yej ti ach`jteklum k`alal lik sk`opik ti jsapatistaetike (EZLN) xchiùk ti jtunel jyu`el ta sjunul slumal Mejicoe. Ti sk`oplal ch-ayan ach`jteklumetike, mu ja`uk ta sk`opik jsapatistaetik, mi ja`uk ta sk`opik bats`i jnaklumetik buy stsoboj sbaike, ja`noòx ta sk`op ti jtunel jyu`ele. Ja`lajyal sk`op ti buch`u va`al ta spajtsanel k`ope, ta yual marso sja`vilal 1994, ja`ba`yuk. yalbe sk`oplal ti ch-ayan ach`jteklumetike...

Idai pues, oy vaknabal ta vits :D:D:D

A.G. [*] q.e.p.d.

wtorek, 15 kwietnia 2008

Zagadka

Oy jk`anal pech`tak ta jna.

Kto mi powie co to znaczy, dostanie biala milke i malinowy budyn.

Niech moc Salazara bedzie z wami.

poniedziałek, 31 marca 2008

Wakacje!!!

Tak wiem. Zlym czlowiekiem jestem. Tak jakby troche mnie nie bylo. A bo w zalobie bylam. Bo moj Wen sie utopil w morzu. Ale o morzu pozniej. Teraz takie specjalnie podziekowania.

Dzieki Ci Boze (wersja dla Orzozy – Dzieki Ci Absolucie) za Polske, lol gdybym sie urodzila w jakims, ciemnym, zacofanym, klerykalnym, szowinistycznym, ksenofobicznym i w ogole wszystko-fobicznym kraju, jakim jest Meksyk, to by pewnie zrobili ze mnie jakas malowana lalke. Wiem, ze opis brzmi jak Polska, ale naprawde, gdybyscie widzieli, to byscie uwierzyli. Zaprosmy Fay’a do Meksyku. Hihihi.

Od wczoraj mieszkam z nowa rodzina. Rodzina jest beznadziejna. Ojciec zazwyczaj wpada tylko na obiad, opowiada o tym ile tam wydal kasy ostatnio w kasynie i jak bardzo jest dla niego wazna jego rodzina. Jak stad na ksiezyc i z powrotem. Nosi wiejskie czarne spodnie prosto z pralni i idealnie wyprasowana biala koszule w rozowe paski…z ato usmiecha sie jak mieszaniec chihuahua z yorkshire terrierem. Jak ktos nie wie jak to jest, to juz wyjasniam, a mianowicie nijak. Mama natomiast nie umie gotowac, ale udaje, ze umie. Rano przychodzi kucharka i gotuje. Indianka sprzata, druga Indianka gotuje, za to mama znalazla sobie nowa rozrywke. Nie odpowiada jej sposob w jaki sie ubieram. Znaczy nie odpowiada to dosc lagodnie powiedziane. Z tego wlasnie powodu postanowila mi kupic nowe ubrania, jedno bardziej wiejskie od drugiego, zabrac do fryzjera, zrobic doklejane paznokcie i takie inne. Postanowila tez, ze musze zdjac moje bransoletki, bo wygladaja brzydko, wedlug niej.
W domu maja taki system, wszystko sie wylacza o 22:00. Mowiac wszystko, mam na mysli komputer, internet, tv, swiatlo…


Ale i tak nie o tym chcialam. Jesli ktos zauwazyl, to sie pojawily nowe moje boskie zdjecia. Hihihi. Na stronie: http://picasaweb.google.com/zapatystka


Jesli ktos sprytnie zauwazyl, pochodza z wakacji… z czego mozemy wydedukowac, ze… bylam na wakacjach! Tak jest!

W niedziele 16 marca tuz po 6 rano, razem z ciatka, wujkiem, ich dwojka malych dzieci i kuzynka oposcilismy Tuxtle Guttierrez i ruszylismy droga via Puente Chiapas w kierunku stanu Veracruz. Zegnalo nas wschodzace slonce tuz nad Sierra Madre. Po ponad czterech godzinach minelismy Villahermose, w stanie Tabasco. Po powodzi juz prawie ani sladu. Dalej przejechalismy przez Ciudad del Carmen i Campeche, stan o tej samej nazwie, az pod wieczor dotarlismy do Meridy, stan Yucatan. Merida, biale miaste, wyobrazalam sobie nieco mniejsze, coz, wszystkie uliczki takie same i zadna nie prowadzi do Rzymu. Jak chcesz sie zgubic, to zapraszamy do Meridy. No i po przyjezdzie to sie najedlismy i poszlismy spac. Mieszkalismy u jakiejs tam rodziny. Starsza kobieta, ktora miala 9 dzieci i przypomina ci o tym 10 razy na dzien oraz mezczyzna, ktory ciagle sie usmiecha i zmywa naczynia. Oprocz tego super bogate malzenstwo z dwojka super brzydkich i niegrzecznych dzieci. I to nie tylko moja opinia, w drodze powrotnej wszyscy doszlismy do takiego wniosku. Coz, moze nie mozna miec wszystkiego. W poniedzialek z samego rana poszlam zwiedzac miasto. Zocalo, Katedra, Palacio de Gobierno, Museo de Historia y Antropologia itd. I poznalam pania gobernador, hihi. Znaczy tak, ona miala zaszczyt poznac mnie. Okej, pod warunkiem, ze wypatrzyla mnie gdzies w tlumie, ale to taki szczegol. A bo weszlam do Palacio de Gobierno i akurat jak mialam wychodzic to sie zaczela konferencja prasowa. Hihi.
Kupilam sobie boska czerwona bluzke, hihi, ktora mozna podziwiac na zalaczonych zdjeciach. No i tak sobie chodzilam caly dzien po Meridzie, az okolo 16 wpadlam na boski pomysl i pojechalam do Progreso, gdzie chce wrocic jeszcze raz:D Progreso jest na polnoc od Meridy, nad morzem, jedzie sie okolo 40 minut autobusikiem za 24 peso. Wysiada sie i idzie sie taka szeroka ulica, pelna slonca, kubanskiej muzyki, kobiet w stanikach, facetow bez stanikow, kostiumow do wyboru do koloru i wszelkich pamiatek. Kupilam sobie kokosa. Daja ci slomke i robisz sobie dziurke i pijesz wode z kokosa. Umarlam. Wzielam sobie mojego kokosa, usiadlam na plazy i tak siedzialam z godzine, sadzac napoj, wsluchujac sie w rytmy salsy i wpatrujac sie w morze… a raczej w ocean, ale to przeciez tylko szczegol. Progreso to nie zadne nie-wiadomo-co. Nie ma idealnie bialego piasku, ani przezroczystej wody. Ale ma ten klimat. I to jest fascynujace. Pozniej sie przeszlam po glownej ulicy tuz przy plazy, boso. Pelno straganow z wszelkimi pamiatkami, z daleka wypatrzylam jakies dwie dziewczyny w typowych strojach z San Juan Chamula, tutaj z Chiapas, podeszlam do nich i zaczelam z nimi rozmawiac w jezyku tsotsil, czyli ich jezyku. Mialy po 16 lat i przyjechaly tam zeby sprzedawac, jak je zapytalam gdzie mieszkaja to powiedzialy “a gdzies tam tutaj”. Na koniec mi daly kolcyzki. Hihi. Pozniej poszlam do jakiegos La Habana Club albo czegos o podobnie brzmiacej nazwie, gdzie sie napilam mojito, taki tradycyjny kubanski napoj. Calkiem niezly. Znaczy przezylam. Wieczorem wrocilam do domu, posiedzielismy z rodzina itd. Nastepnego dnia, wtorek, pojechalam do Oxkutzcab. Taka wioska na poludnie od Meridy, gdzie sa piramidy i gdzie pracuje moj taki inny wujek Tomas. Ktory to Tomas jest slawnym archeologiem. Wiec pojechalam na caly dzien do niego. Rano wyszlismy z cala ekspedycja archeologow (ok, bylo nasz 6 moze 7 osob:D) a las piramides :D Najpierw blisko Oxkutzcab, pozniej kolo wioski Xul. ( x – czyta sie jako polskie “sz”, to tak jakby ktos nie wiedzial). Bylo genialnie! Te piramidy, ktore widzielismy w ogole nie sa dostepne dla zwiedzajacych! W ogole nic nie sa! Ze nie mozesz sobie o nich przeczytac w Polsce ani nic! A sa boskie. Oni tam na razie pracuja, wiecie wszystko troche zarosniete i tak dalej, ale wyglada bosko. I jeszcze od razu darmowy przewodnik w postaci Tomasa. Hihi. Okolo 17 wrocilismy do jego domu w Oxkutzcab, usiedlismy, zjedlismy cos. A jak wspomnialam, ze Tomas jest slawny, to nie bez powodu. Bo jest. Rok temu jak przyjechal do Meksyku prezydent Bush (oczywiscie to nie jest zaden prezydent – fraude electoral, ale to tak dla wtajemniczonych), wiec jak przyjechal Bush to moj prawie wlasny wujek Tomas oprowadzal jego i rownie falszywego a nawet bardziej prezydenta Meksyku Felipe Calderona po piramidach na Yucatanie. Hihihi!! No i tak siedzimy po obiedzie i Tomas opowiada: “Jak przyjechal ksiaze Japonii to mi przywiozl japonska porcelane, jak przyjechal prezydent Niemiec, to mi przywiozl niemiecki scyzoryk, a jak przyjechal Bush, to mi przywiozl zdjecie Busha”. Hihi.
Nastepnego dnia, w srode pojechalam sama zwiedzac Chichen Itza, piramidy Majow z okresu klasycznego, jakby ktos nie wiedzial co to znaczy Chichen Itza. Bylo absolutnie genialnie. O ja cie! Ale jazda! Ja chce jeeeszczee raaaz!
W czwartek sie spakowalismy i pojechalismy do Cancun. Cancun to jest raj, jakby ktos nie wiedzial. Idealnie bialy piasek, calkowicie przezroczysta woda i w ogole wszystko cacy. Hihi. Wiec jak tylko dojechalismy to zesmy legli na plazy i tak do wieczora. Okolo 22, 23 poszlam conocer la vida nocturna de Cancun. Az mnie zabilo. Gdzie j ato nie bylam, czego j ato zem nie robila. Wrocilam okolo 6:30, przespalam sie, o 10 bylam w autobusie za 68 peso do Tulum, dwie godziny drogi. Tulum. Mowilam, ze Cancun to jest raj? Nie. Tulum to jest Raj. Po prostu tego sie nie da opisac, to trzeba zobaczyc. Piramidy na brzegu morza. Chyba nie musze opisywac jakie to wybrzeze i to morze boskie. Oj bardzo boskie. Wrocilam do hotelu pod wieczor i poszlam spac.
W sobote pol dnia lezelismy na plazy i kapalismy sie w morzu. No, zeby to bylo jasne. (tak, to ten moment w ktorym wy zaaaazdroscicie:P). Po poludniu wyjechalismy, spedzilismy noc gdzies w stanie Campeche w polowie drogi i w niedziele przyjechalismy prosto na obiad. Ogolnie Yucatan jest boski, boski, boski!

Ale niestety wakacje tak jakby sie skonczyly. Jutro do szkoly;(

Takze jakby ktos mnie chcial uratowac z domu wariatow (tak Marcosie, to apel do Ciebie I tej Twojej partyzantki) to droga wolna. Susana, ciocia, z ktora bylam na Jukatanie ( tu pozdrawiamy Susy!) uprzedzala mnie, ze oni sa nienormalni, ale myslalam, ze nie az tak bardzo…

Ok, pozdrawiam i ide, papapa!