sobota, 11 sierpnia 2007

Gdzies w tropikach...

Gdzies w tropikach… czyli tam, gdzie wiecznie swieci slonce, gdzie temperatura nie schodzi ponizej 30 stopni, gdzie wiecznie gra muzyka, gdzie kroluje sjesta, gdzies, gdzie sny staja sie rzeczywistoscia, w malym pokoju na pietrze z duzym, wygodnym lozkiem, telewizorem i wiatraczkiem w ramach klimatyzacji, pewna wariatka z odleglego kraju od dluzszego czasu szarpala sie z malym rozowym czyms…

- Hej! Troche szacunku! Nie jestem zadne male rozowe cos! Jestem Wenem, a poza tym to ona mnie bije.
Jak chcesz… a wiec, pewna wariatka z odleglego kraju od dluzszego czasu znecala sie nad swoim Wenem. Malym, rozowym Wenem…

- Monika! Do jasnej Anielki! Zostaw ta klawiature! Idziemy na miasto! No rusz sie! Taka piekna pogoda! Dusze sie tutaj, potrzebuje swiezego powietrza! Pragne zwiedzac! Niby po co mnie tu przytargalas? Zebym siedzial zamkniety w czterech scianach? No juz! Idziemy na spacer!
- Skarbie, mozesz byc przez chwile cicho? W razie gdybys nie zauwazyl – MUSZE NAPISAC NOWA NOTKE NA BLOGU! Poczekaj chwile, z laski swojej, skoncze, to pojdziemy.
- To ty sobie pisz, prosze cie bardzo, ja sobie ide, czekam na dole, jak skonczysz to przyjdz. I radz sobie beze mnie. Ha.
- To ty myslisz, ze ja Pisac bez ciebie nie umiem? A idz sobie.

Drzwi zastrzasnely sie z hukiem za malym rozowym czyms. No dobra, bez przesady, bez huku, ale sie zatrzasnely. A przynajmniej zamknely. No. Mniejsza z tym.
Oki, doki. Od czego by tu zaczac? Ojej nie wiem. Moj maly, rozowy Wen by wiedzial. Ale chyba sie obrazil. Okej. Poradzimy sobie.

No to zaczne od poczatku. Samoloty sa boskie! Bo Skie! Chyba jak dorosne to zostane burzujem… co bym sobie mogla latac w ta I z powrotem przez ocean. I tak przez cale zycie. Latanie jest fajne. Z Warszawy wylecialam o 7:30. Zero terrorystow, zero turbulencji. Troche bylo zamieszanie na Okeciu, bo byla jedna kolejka do Londynu, Paryza I Pragi, I ludzie ktorzy lecieli do Paryza poszli do Londynu... dobra, mniejsza z tym. Heh. Za to w kolejce poznalam jankesa, ktory to lecial do Londynu… spoko maroko. Weszlam sobie do samolotu, zapielam pasy, samolot odlecial, smiesznie bylo. A pozniej ten jankes przyszedl i mnie wzial do klasy bisnes hahaha… Czyli tej najdrozszej i najfajniejszej. Usiadlam sobie tym razem przy oknie I patrzylam, normalnie widok niesamowity! Bosko! Potem przyniesci kanapeczki… I kawke i wode I co tylko sie chcialo. Znaczy co tylko sie chcialo w klasie bisnes, i ciagle przynosili co tylko sie chcialo… hehehe… fajnie bylo. Ow jankes wlasnie w tej chwili leci do Syrii… hehe. Tez sobie kiedys polece do Syrii. Zreszta dal mi swoj numer, adres i tak dalej i powiedzial, ze jak bede kiedys w Londynie to moge wpasc… hehehe. Dalej… lotnisko w Londynie przeogromne! Ale zgubic sie nie da. Przynajmniej ja sie nie zgubilam. Normalnie autobusikiem z terminal 1 do terminal 4 jechalo sie jakies 15 min. W ogole bylam pod ogromnym wrazeniem, z etym ludziom na lotnisku jakims cudem udalo sie przetransportowac moje bagaze… heh. Pozniej sobie poszlam na kawke za 3 funty I siedzialam, a wokol mnie, arabowie, wlosi, japonczycy, argentynczycy I wszystko inne. Pozniej sobie usiadlam w czyms w rodzaju poczekalni I czekalam az sie wyswietli na takiej tablicy: Mexico City 14:05 BA 243 – Gate 24. No to poszlam do Gate 24 co mi zajelo jakies 20 min… Stanelam w kolejce i czekam, sprawdzili moja wize I paszport, a bagazu to nawet nie przepuszczali przez zadna bramke, no nic. I weszlam do samolotu, tym razem z deka wiekszego. Usiadlam sobie I siedze… hehehe. Wokol mnie sami Meksykanie… smiesznie. Potem przyszlo dwoch wlochow, gejow I akurat mieli miejsca kolo mnie. Francesco i ten drugi nie pamietam :D Fajni byli. Lecieli na wakacje do Acapulco… Acapulco… zajebiscie xD Ale fajni byli, bo gadali po wlosku, angielsku, hiszpansku I francusku… z deka duzo. Bardzo inteligenta rozmowe przeprowadzilismy :D A jedzenie w samolocie, no to looo! Pyszne! No serio, dawali super jedzenie.. :D Przyniesli nam zarcie, popatrzylismy sie, po drugiej stronie siedzialy takie cztery plastikowe laski, no masakra, tapeta im splywala, no i jedza tak smiesznie, widelec noz i kroja sobie pomidorki i w ogole… ogolnie to straszne byly, na poczatku, jak prowadzilismy bardzo ozywiona dyskusje i sie smialismy na caly samolot to sie na nas gapily jak na idiotow, ze nie wspomne juz jak sie gapily… no mniejsza z tym. no i tak jedza smiesznie… no to my sie tak popatrzylismy po sobie i co tam! Jemy lapami! Hehehe… no i tak jedlismy rekami hehe :D Smiesznie bylo. Te 11 godzin lotu minely mi strasznie szybko! Wyladowalismy, na szczescie, w ogole to cale miasto meksyk bylo widac, prawie sie przykleilismy do szyby :D Boski widok! No I potem wychodzimy, tu to sie akurat mozna by zgubic. Nie za bardzo sa oznaczenia... Niezaleznie od tego czy sie zna hiszpanski czy nie. Ale ci wlosi lecieli do meksyku gdzies setny raz :D wiec z nimi trafilam do wyjscia :D przy odprawie byla gigantyczna kolejka :D Pozniej sie doslownie lapalo swoje bagaze. Heh. A pozniej sie szlo do wyjscia, juz takiego ostatecznego, ze tak powiem :D aha i zapomnialam. Oczywiscie nie bylabym soba gdybym czegos nie zgubila. Moja kochana przypinka tecza zostala w samolocie. Musiala mi sie odczepic. Kij. Pozniej sie podchodzilo do kontroli. Boskiej meksykanskiej kontroli znanej na calym swiecie… podchodzi sie do takiego urzadenia I naciska przycisk. To takie losowanie. Jak sie zapali zielone to sie przechodzi i wychodzi na miasto i jesctesmy wolni nie ma juz nic. A jak sie zapali czerwone to nastepuje przeszukanie bagazy. Co jest masakryczne. Hehe, historyczna chwila, podchodze do urzadzenia, naciskam przycisk…. Zielone! :D Wyszlam. Spotkalam sie z moim znajomym – Alejandro. Pojechalismy do hotelu, zostawilam rzeczy i takie tam poszlismy na miasto. Bylo juz po 22. W ogole to samolot odlecial z Londynu 1 godzine pozniej… wiec, poszlysmy na miasto I pojechalismy przez Paseo de la Reforma i zatrzymalismy sie przy Angelito de la Independencia, gdzie przeprowadzilismy burzliwa dyskusje polityczna, Alejandro jest spoko, ale dluzej sie z nim nie wytrzyma. Cholerny kapitalista. Jest fajny, ale poglady polityczne to ma beznadziejne… hehehe. I chyba juz bez perspektywy nawrocenia. Heh. Mniejsza z tym. Pozniej poszlismy do Zona Rosa, to jest taka meksykanska dzielnica, niby nowoczesna, pelno barow, restauracji I takich tam. Super bylo. Pozniej wrocilam do hotelu. Zreszta mega wypasionego hotelu. Przemega wypasionego hotelu. Rano spotkalismy sie o 9. I pojechalismy najpierw do Palacio de Bellas Artes, czyli Palacu Sztuk Pieknych, gdzie to miala miejsce wystawa Fridy Kahlo. Poza tym znajduja sie tam boskie murale Diega Rivery, Jose Clemente Orozco I Davida Alfaro Siqueirosa. Stalismy troche w kolejce a pozniej weszlismy. Normalnie niesamowicie! Obrazy Fridy! Listy Fridy! Genialnie! Jednak najwieksze wrazenie zrobily na mnie murale. Usiadlam na laweczce przed moim ukochanym muralem Diega i tak sie gapilam. A trzeba zaznaczyc ze moglabym tam przez cale zycie. Pozniej poszlismy na Torre Latinoamericana, czyli Wieze Latynoamerykanska, widok fantastyczny! Przeogromne miasto Meksyk z takiej wysokosci! Cudownie. Pozniej poszlismy na Zocalo. Taki glowny plac w miescie. Tu stal kiedys Gran Tenochtitlan. Znajduje sie tam Katedra, Templo Mayor – czyli to co pozostalo z Tenochtitlanu i Palacio Nacional, gdzie powinien mieszkac prezydent Meksyku, ale nie mieszka bo ma swoja przemegawielkawypasionakapitalistycznacholernaprzekleta haciende. I tamdziez zamieszkuje. Mnostwo ludzi na Zocalo. Cholernie mnostwo. Idziemy sobie ulica tuz obok Palacio Nacional i co? Patrze sie przed siebie i co widze? Przede mna ida ci sami wlosi z samolotu.. hahaha to bylo strasznie smieszne. 30 milionow ludzi w tym miescie a my sie akurat spotkalismy. Zupelnie nieprawdopodobne. Zatrzymalismy sie I pogadalismy :D
Poza tym, akurat mialy miejsce demonstracje. To znaczy nie akurat, tylko one dwie te same sa tam zawsze codziennie od roku. Od wyborow 2 lipca 2006. Po jednej stronie siedza ci co popieraja obecnego niby prezydenta Felipe Calderona I partie PAN, a po drugiej stronie siedzi lewica. Ale prawica tylko siedzi i nic nie robi, jak to prawica (oczywiscie oprocz tego ze PAN z Felipe Calderonem na czele okradaja Meksyk ), natomiast lewica, dziala, protestuje. Akurat jak przechodzilismy to ci z lewicy podeszli tam i sie darli: Ladrones! Czyli zlodzieje, Asesinos! Czyli zabojcy, Mentirosos! Czyli klamcy i tak dalej. No to ja oczywiscie jak to ja poszlam do nich i krzyczalam razem z nimi Ladrones!!! Fuera!!! Boskie to bylo! Podeszli do mnie dzialacze, dali darmowa gazetke I powiedzieli ze mozna sie przylaczyc I walczyc razem z nimi :D Heh. Super bylo. Pozniej to juz zostalo strasznie malo czasu. Prawie bieglismy na lotnisko. Samolot mialam o 16:25 a gdzies o 15:40 wpadlismy na lotnisko :D hehe. Ale spokojnie zdazylam. I odlecialam I lecialo sie mega bosko!

Oki teraz troche o Tuxtli. Tuxtla jest smieszna, jest sobie centrum, wokol sa idenyczne prostopadle uliczki. Dom jest wielki. Wczoraj przez pol wieczoru ogladalam Canal de las Estrellas. Hahahaha :D Bosko! W dniu, w ktorym przylecialam tutaj, moja host family zrobila wielka kolacje dla calego klubu rotary, czyli jakies 30 osob! Comprenden? 30 osob, wszystkie mnie obsciskaly, wycalowaly i tak dalej. Najedlismy sie quesadillas, tacos i reszty tej kalorycznej papki, oni sobie popili i pospiewali. A pozniej poszlismy spac, masakra, w zyciu nie bylam taka zmeczona, biedne Orzelki, serio zmiana czasu maksymalnie meczy. Ale jeszcze zyje. W ogole to oni tu na kolacje i na sniadanie wpierniczaja tonami quesadidzie… jejku, cholernie sien a tym utucze, wroce taka beczka, masakra. Co dalej. Oni w ogole to maja tu sluzbe. Hehehe. Jedna dziewczyna teoretycznie jest opiekunka do dzieci i tu mieszka, ale przy okazji gotuje, sprzata, zmywa, pierze, podaje do stolu i tak dalej. Druga przychodzi rano i sprzata. Obie indianki. Takie prawdziwe indianki. No mowie wam. Masakra.

Poza tym dodam jeszcze, ze wylecialam z tego kraju jako socjaldemokratka, podroz mnie troche skapitalizowala, ale cos czuje ze wroce jako zatwardziala komunistka.Bez jaj. Moje poglady polityczne sa czasem absolutnie nieprzewidywalne. Ale akurat teraz je przewiduje… hehehe. Poza tym! Polki wygrali z Wloszkami i z Chinkami w GP! Bosko :D Gratuluje Marco Bonittcie. A niedlugo Memorial Wagnera. Ale to bedzie raczej spacerek. Ale chwila, mialam pisac co slychac w Meksyku, a nie w polskiej siatkowce. Chociaz przyznam, ze ostatnio dobrze sie dzieje w polskiej siatkowce. Az moze przyznac ze pana Miroslawa Przedpelskiego prezesa PZPS zaczynam darzyc wielka sympatia :D

OO a wlasnie z dolu leci Laura Pausini :D I to moja jej ulubiona piosenka :D Fajnie.

No to chyba tyle narazie. Zegnam, zaraz beda zdjecia.

7 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Fajną masz sukienkę ;) "Tamdzież" - szacun :) Super w ogóle ten wpis, fajnie się czyta. Pisz regularnie!

P.S. Nie wiem :P

Monika pisze...

Ekhm, pisze ten komentarz jedynie po to aby uswiadomic Ci, ze WIESZ. hehehe.

Anonimowy pisze...

az ciezko skomentowac to wszystko! na biezaco Ci na gg pisalam (;

powtorzyc sie moge,ze az uklucie zazdrosci sie czuje, heh (:

i jak najwiecej takich notek! dluuuugie, tresciwe, obrazowe!

Anonimowy pisze...

czesc..Cieszę się,że ty się cieszysz z pobytu w Mexyku. (Więc zacieszamy)..Ale trochę mi smutno,że Cię tu nie ma:(. Fajnie wiedzieć, że ktoś nie wie,że u nas nie ma komuny. No cóż! Mam do ciebie chyba ze sto pytań, ale i tak nie odpowiesz więc pisz notki!! A co do zdjęć to są fajne, a raczej niebotyczne:D lol >> ala

Unknown pisze...

fajne zdjecia i w ogole wszystko tylko jakos tego malo...ciekawe jak Ci sie zyje ze swoja nowa rodzinka:P moze napiszesz cos o niej wiecej?

Anonimowy pisze...

Fajnie wygladasz nie zostań zatwardziałą komunistką! PIsz wiecej i pokaż swoją rodzinę na zdjęciu.

Anonimowy pisze...

jestem glupia, dopiero teraz zauwazylam ta "notke" : D lololo! ^^ nie da sie skomentowac tego co napisalas, OGIEN;d